Dawid Bratko urodził i wychowywał się w Łodzi. Skończył jedno z tamtejszych liceów, a później zatrudnił się jako barman, zbierając doświadczenia zarówno w Polsce, jak i za granicą: między innymi w Wielkiej Brytanii, Edynburgu czy Londynie. Po raz pierwszy zetknął się z dopalaczami właśnie poza granicami naszego kraju, ale wtedy jeszcze nie myślał, by stworzyć podobny biznes. Zamiast tego, wrócił do Łodzi, gdzie założył firmę świadczącą usługi marketingowe. Nie był jednak zadowolony z tego, w którym kierunku szła działalność: biznes nie rozwijał się tak, jak tego oczekiwał, i nie przynosił specjalnych zysków. Wtedy zapadła decyzja, by ruszyć z „dopalaczowym imperium”. Pierwszy „Smart Shop” powstał przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Dawid Bratko miał wtedy zaledwie 23 lata. Najpierw kupował asortyment w internecie, później sprowadzał towar z zagranicy. W kulminacyjnym momencie sieć punktów sprzedaży liczyła aż 127 sklepów w całej Polsce, a sam pomysłodawca stał się niemal celebrytą, udzielającym wywiadów i występującym w mediach.
Dziś wiemy, że wykorzystano lukę w zapisach ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, bo środki używane do produkcji dopalaczy nie znajdowały się na listach substancji zakazanych. Przez długi czas traktowano je jako legalne również dlatego, że sprzedawcy przedstawiali je jako produkty kolekcjonerskie lub artykuły chemiczne. W praktyce ich celem było wywołanie efektu narkotycznego. Sprawą zainteresowały się służby, kiedy w kraju wzrosła liczba przypadków zatruć, a nawet zgonów, które przedstawiano jako konsekwencje zażywania tych środków.
Dawid Bratko nie miał sobie nic do zarzucenia. Grał na emocjach, mówił że ludzie tracą pracę
Dawid Bratko uważał wówczas, że to nagonka na jego firmę, a on sam określał siebie jako zwykłego, normalnego biznesmena. Reporter Sławomir Sowa w 2010 roku na łamach „Dziennika Łódzkiego” przeprowadził wywiad z głównym zainteresowanym, już po tym, jak wszystkie jego sklepy zostały zamknięte. Mężczyzna grał na emocjach, opowiadając o osobach, które w związku z tym straciły pracę i środki do życia: dyrektorzy, kierownicy, sprzedawcy, pozostali pracownicy. Wyliczał, że zaplombowali mu siedzibę firmy, nie miał dostępu do komputera, internetu, nie mógł zrobić ksero ani zapłacić podatków, nie miał nawet kluczyków do samochodu. Bronił się, że zaostrzenie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii nie uderzało bezpośrednio w niego jako osoby, a jedynie w biznes. Prawo nie działa wstecz, dlatego formalnie – jak twierdził – był niewinny. A jak odpowiadał na zarzuty, że dopalacze sprzedawane w „Smart Shopach” doprowadzały do niektórych zgonów i przypadków odbierania sobie życia przez osoby, które te środki zażywały?
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Bagatelizował opisywane przez dziennikarzy i służby wydarzenia. - To ciekawe, że przestało się nagle mówić o wszystkich zgonach po alkoholu, po narkotykach, a mówi się o zgonach po dopalaczach. W tej chwili wszyscy, którzy źle się czują, mówią, że to po dopalaczach. Kiedyś młody chłopak przychodził do domu po wódce i mówił, że pił tylko piwo. Teraz wypije bimber, ale mówi, że brał dopalacze. Dostaje drgawek i też mówi, że brał dopalacze. To wszystko przez media. Nie ma żadnego udowodnionego przypadku, że dopalacze przyczyniły się do czyjejś śmierci – mówił Dawid Bratko podczas wywiadu, dodając że przez insynuacje jest teraz nękany, a „królem dopalaczy” mianowały go media, a nie on sam. Zapytany o to, czy nigdy nie miał wątpliwości, że to, co sprzedaje, może doprowadzać ludzi do śmierci lub skrajnej depresji, odpowiadał z pełną stanowczością, że nie. – Nigdy nie miałem. Ja po prostu prowadzę biznes – podkreślał.
W 2009 roku Sejm znowelizował ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, która doprowadziła do zamknięcia „Smart Shopów” w Polsce. W nowych zapisach zabroniono handlu 17 substancjami szkodliwymi dla zdrowia, lecz mimo tego handel dopalaczami nadal się rozwijał – jedynie zmieniano skład środków, by dostosować je do nowych przepisów. Aż w końcu ówczesny premier, Donald Tusk, zapowiedział wojnę przeciwko dopalaczom w naszym kraju. Swoje punkty otworzyli bowiem też inni ludzie, nie tylko Dawid Bratko, motywowani wizją szybkiego zarobku.
W październiku 2010 roku kilkuset inspektorów sanitarnych w towarzystwie trzech tysięcy policjantów, zamknęło ponad 1100 punktów handlujących dopalaczami w Polsce. „Król” biznesu, który to zapoczątkował, nie mógł się jednak pogodzić z taką decyzją. Mimo zamknięcia sklepu teatralnie zdejmował plomby zabezpieczające jeden z punktów i sprzedawał dalej towar, twierdząc że to odczynniki chemiczne do użytku laboratoryjnego. Po wydarzeniu z udziałem dziennikarzy, których sam zaprosił, został aresztowany przez policję. Za złamanie przepisów sanitarnych groziło mu do dwóch lat więzienia. Donald Tusk grzmiał, że Bratko chciał prowokować innych sprzedawców do łamania prawa i dalszego handlowania dopalaczami, wbrew zakazom. - Weszliśmy, zamknęliśmy. Będzie siedział. Będzie penalizacja z tego tytułu na sto procent, dzięki temu, że mamy jeszcze przepisy, które za złamanie decyzji sanitarnej, nie za posiadanie dopalaczy, tylko za złamanie decyzji, to umożliwia. Ten, kto to zrobił, będzie odpowiadał na drodze karnej – zapowiadał premier.
Zamiast dopalaczy - napój energetyczny. Dawid Bratko został główną twarzą nowej kampanii reklamowej
Dawid Bratko po wielu miesiącach zmienił taktykę i charakter swojego biznesu. W 2011 roku zapowiedział, że otwiera dystrybucję napoju energetycznego „Szopkop”, zostając główną twarzą kampanii reklamowej tego produktu. Zarzekał się, że skończył z dopalaczami, a dochód ze sprzedaży przekaże na rzecz uzdolnionej młodzieży. Później prowadził też lokal gastronomiczny w centrum Torunia, a według niektórych medialnych doniesień, po niezbyt udanych biznesach, próbował wrócić do produkcji dopalaczy. To się jednak już nie udało. Jak mówił o ludziach, którzy te środki zażywali? – Moi klienci to debile – ogłosił z uśmiechem. To jedna z jego najgłośniejszych, najczęściej cytowanych wypowiedzi, tuż obok doniesień o majątku, którego dorobił się na sprzedawaniu substancji w sklepach. Ekskluzywny apartament, dwa samochody porsche, mieszkanie na Lazurowym Wybrzeżu – zarobki na poziomie pięć milionów rocznie, jak twierdził.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Ale bezkarność „króla dopalaczy” nie trwała wiecznie. Osoby poszkodowane zaczęły zgłaszać się do prokuratury i zeznawać przeciwko mężczyźnie. Ci, którzy przeżyli, bo nie wszyscy mieli tyle szczęścia, wymieniali liczne, groźne symptomy po zażyciu środków: zaburzenia wzroku, halucynacje, ataki padaczki, utrata przytomności, przyśpieszony oddech, stany depresyjne, napady szału – można by wymieniać w nieskończoność. W skrajnych przypadkach, już nie opowiedzianych przez ofiary, zatrzymanie akcji serca. Ruszyła lawina oskarżeń.
Czytaj także: Daniel zabił i przerobił jej psa na smalec, Justyna wbiła mu nóż w serce. "Kochała zwierzęta nad życie"
Dawid Bratko myślał, że jest bezkarny, bo formalnie sprzedawał produkty kolekcjonerskie, a na opakowaniach grzmiał komunikat, że są one nie do spożycia. Tyle że w praktyce wszyscy wiedzieli, po co to robi. Nawet nazwy substancji łudząco przypominały nazwy narkotyków. Gotowe do pakowania mieszanki miały wyjeżdżać spod rąk dwóch „chemików”, Ireneusza C. oraz Piotra P. Oni także odegrali dużą rolę w całym procederze. W zeznaniach przed sądem opowiadali, że w internecie szukali informacji o półproduktach potrzebnych do fabrykacji dopalaczy. Według ich słów, Dawid Bratko miał akceptować wszystko, o ile cena nie była wygórowana i o ile w składzie nie znajdowały się substancje zakazane w zapisach ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Klasyczne omijanie prawa.
Mikser kuchenny, przypadkowe składniki, leki i proszki uspokajające. "Horrendalne skutki zażywania tych środków"
Jak konkretnie działali? Mieli używać kuchennego miksera do łączenia składników. Wrzucali przypadkowe zioła, ale korzystali też z proszków o działaniu uspokajającym, leków, czasem dosypywali cukier puder albo owocowe aromaty. Formalnie nie mogli mówić, że to środki do zażywania – można było za to stracić pracę. Zamiast tego, używano sformułowania „artykuły kolekcjonerskie”, stąd tak dużą wagę przykładano do wyglądu opakowań i etykiet.
Po utracie całego biznesu, który miał zdaniem śledczych doprowadzać do zagrożenia zdrowia i życia wielu osób, Dawid Bratko sportowe samochody zamienił na kilkuletnią skodę. Smażył wątróbkę w jednej z restauracji, tym się teraz zajmował. Postępowanie w jego sprawie nadal się toczyło, ale wniosek o tymczasowe aresztowanie został odrzucony, więc mężczyzna na proces czekał na wolności. W 2014 roku znów znalazł się pod lupą służb, kiedy zamówił partię chemikaliów za kwotę 81 tysięcy złotych. Śledczy sądzili, że chciał wrócić do produkcji dopalaczy i go aresztowali. Wyszedł zza krat po wpłaceniu 60 tysięcy złotych kaucji.
Prokuratura zarzuciła finalnie „królowi dopalaczy”, że sprowadził niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia wielu osób przez produkcję oraz sprzedaż dopalaczy. W akcie oskarżenia zapisano, że grozi mu za to do 8 lat więzienia. Dodatkowo Dawid Bratko usłyszał też zarzuty rozboju, usiłowania wymuszenia rozbójniczego i pozbawienia wolności, bo zlecił porwanie kontrahenta, który nie dostarczył mu środków do produkcji w 2014 roku. Za to groziła mu dodatkowo kara do 12 lat więzienia. Na ławie oskarżonych zasiedli także obaj chemicy, pracujący dla „króla”, czyli wspomniani Ireneusz C. i Piotr P.
Dawid Bratko usłyszał wyrok. Sąd nie miał też taryfy ulgowej dla głównych "chemików"
31 stycznia 2019 roku Dawid Bratko został uznany za winnego zarzucanych mu czynów. Sąd Okręgowy skazał go na 3,5 roku więzienia oraz 30 tysięcy złotych grzywny. Mężczyzny nie było na sali w momencie ogłaszania wyroku. Ireneusz C. usłyszał natomiast wyrok czterech lat więzienia, a Piotr P. – trzech lat pozbawienia wolności. Skazany został dodatkowo Łukasz K., odpowiadający za to, że mimo zakazu otworzył sklep z dopalaczami. Jemu wlepiono pół roku ograniczenia wolności, polegającego na wykonywaniu prac społecznych.
Czytaj również: Bracia zdarli z Anety ubrania, rozłupali czaszkę i wykorzystali. Nie przeżyła. "Bo była brzydka"
Sędzia Edyta Markowicz, powołując się na opinie specjalistów, wskazywała że dopalacze były tak bardzo szkodliwe, że co najmniej sześciu pokrzywdzonych zostało narażonych na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu. Według biegłych toksykologów, zażywanie tych środków wywoływało takie skutki jak strach, panika, urojenia, wymioty, oczopląsy, halucynacje, skoki ciśnienia i szybkie bicie serca.
Proces, w którym przesłuchano ponad 100 świadków, trwał trzy lata. Zarówno prokuratura, jak i obrona, zapowiadały odwołanie się od wyroku, ponieważ ten pozostawał wówczas nieprawomocny.
"Król dopalaczy" w kinach. Sprawa sprzed lat powraca. Dawid Bratko nigdy nie trafił do więzienia!
Dziś sprawa Dawida Bratki powraca za sprawą filmu pt. „Król dopalaczy”, który trafił do kin w marcu 2026 roku. Produkcja inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowiada o zawrotnej karierze zwykłego chłopaka, który – według opisu - zbudował imperium legalnych narkotyków i niczym Wilk z Wall Street z dnia na dzień został milionerem. - Nagła sława, piękne kobiety, szybkie samochody, niekończąca się impreza, konfrontacje z gangsterami i układy na najwyższych szczeblach władzy - to jego nowy świat, w którym granica między legalnym a zakazanym jest tak cienka, jak kreska na lustrze. Kiedy pojawia się policjant, którego nie da się kupić, zaczyna się gra o wszystko. Czy Dawidowi uda się zatrzymać, zanim będzie za późno? Czy miłość zdoła go ocalić przed ostatecznym upadkiem? Historia sukcesu, który wymknął się spod kontroli – czytamy w opisie filmu. Warto dodać, że to tylko inspiracja, a nie dokument o samym Dawidzie Bratce.
Tymczasem w Polsce nie milkną echa również na temat tego, czy młody mężczyzna rzeczywiście sam wymyślił „dopalaczowy biznes”. W przestrzeni publicznej i medialnej pojawiają się bowiem głosy, że pełnił tylko rolę tak zwanego „słupa” w rękach przestępczej grupy, bo tak naprawdę sam by tego wszystkiego „nie ogarnął”. Nigdy oficjalnie tego wątku jednak nie potwierdzono.
Jak się okazuje, Dawid Bratko nigdy nie trafił też do więzienia. Ustaliliśmy, że zgodnie z wyrokiem apelacyjnym zwiększono mu karę do 4 lat i 10 miesięcy pozbawienia wolności. Taka decyzja, już prawomocna, zapadła 20 marca 2023 roku. Ale mężczyzna nie stawił się do odbycia kary.
- Sąd Okręgowy w Łodzi zarządził poszukiwania listem gończym skazanego Dawida B., z uwagi na fakt, iż skazany nie zgłosił się do odbycia kary pozbawienia wolności i w wyniku przeprowadzonych czynności nie doprowadzono do jego zatrzymania - potwierdził w rozmowie z nami SSO Grzegorz Gała, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Łodzi.
Formalnie Dawid Bratko jest nadal poszukiwany.