Więzili Monikę i przez 8 dni krzywdzili. Używali do tego kija od szczotki! Uciekła, ale nie przeżyła

26-letnia Monika została uwięziona w mieszkaniu przez swoich oprawców, którzy nie pozwalali jej ujrzeć światła dziennego. Przez osiem dni trzech mężczyzn brutalnie ją wykorzystywało. Traktowali pokrzywdzoną w sposób urągający człowieczeństwu, bili i maltretowali, nie zważając na jej stan zdrowia. Kobiecie ostatecznie udało się uciec, ale nie chciała wzywać służb, bo bała się o bezpieczeństwo swoje i bliskich. Jej mama mimo wszystko wezwała pogotowie, lecz Moniki nie udało się uratować. Szczegóły tej historii przerażają.

Monika, pochodząca ze Zgierza, poznała dwóch swoich oprawców w autobusie miejskim. To było 19 lipca 2017 roku. Nie wiadomo, dlaczego i w jakich okolicznościach kobieta postanowiła udać się do mieszkania jednego z nich, mieszczącego się na osiedlu Dąbrowa w Łodzi. Media opisywały, że mężczyzna po prostu ją zaprosił, a ta się zgodziła – czy dokonał tego podstępem, przymusem, czy może udało mu się jakoś oczarować Monikę: na sto procent nie wiadomo. - Wszystko wskazuje na to, że prawdopodobnie do lokalu weszła dobrowolnie. Ale nie ulega wątpliwości, że została potem uwięziona w środku - mówił po zakończeniu śledztwa Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury okręgowej. Na jej decyzję mogły wpłynąć trudne doświadczenia życiowe. TVN opisywał, że długo cierpiała na chorobę autoimmunologiczną, brała silne leki, miała problemy z chodzeniem, zapamiętywaniem i nauką, potem w wieku 21 lat przeszła udar. Leczenie i różne przeszkody życiowe doprowadziły do wzrostu wagi, a to - do gorszego postrzegania siebie. Wpadła w problemy z napojami wyskokowymi, lecz poszła na odwyk i wygrała z nałogiem. Być może chcąc się zrelaksować, poszła z obcym mężczyzną do mieszkania, który miał jej rzekomo opowiadać o odbywającej się tam imprezie. Miało być więcej osób, również kobiet. Nie była w stanie przewidzieć, że stanie się coś takiego. Oczywiście część tych doniesień jest nieoficjalna, pewności co do przebiegu zdarzeń nie mamy. To, co wiadomo na pewno, to to, że po przekroczeniu progu lokalu ofiara przeszła przez piekło.

Bliscy bezskutecznie szukali zaginionej Moniki. Nie wiedzieli, że 26-latka została uwięziona przez oprawców

Oprawcy niemal od razu zamknęli za sobą drzwi na klucz, a wraz z tym gestem słuch o kobiecie zaginął. Rodzina, zaniepokojona brakiem kontaktu z 26-latką, zawiadomiła policję. Podjęto decyzję o rozpoczęciu poszukiwań, w które zaangażowało się mnóstwo osób. Ale Moniki nigdzie nie było. Sprawdzano często uczęszczane przez nią miejsca, próbowano odtworzyć drogę, którą mogła się poruszać, przeczesywano kamery monitoringu. Nic nie potrafiło doprowadzić do niej śledczych.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Tymczasem zaginiona przeżywała prawdziwy koszmar. Oprawcy postawili sprawę jasno: nie może wyjść z mieszkania bez ich zgody, a jeśli będzie się stawiać: zabiją ją oraz jej ukochaną matkę. Przerażona Monika chciała uciec, lecz jej to uniemożliwili. Upajali ofiarę alkoholem, bili ją i maltretowali, ciągnęli za włosy, poniżali, szarpali. W pewnym momencie zaczęli nawet gasić na jej ciele papierosy. Jak ustaliła prokuratura, co najmniej kilka razy w drastyczny sposób wykorzystali ją seksualnie. Zdaniem śledczych, początkowo było ich dwóch, a następnego dnia po uprowadzeniu dołączył do nich trzeci z oskarżonych. Inne ustalenia mówią, że cała trójka była tam od początku. Monika nie mogła wyjść z mieszkania, ale sprawcy regularnie je opuszczali – gdy wychodzili, zamykali wszystko na klucz. Nikt nie usłyszał kobiety, ani jej nie zauważył, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ponieważ żaden z ewentualnych świadków nie zgłosił się na policję. Według medialnych doniesień, zawsze przynajmniej jeden z oprawców z nią zostawał i pilnował, by była cicho. Mieli też kazać pokrzywdzonej chodzić na czworaka, żeby nie było jej widać przez okno.

Monika Gradowska, przewodnicząca składu sędziowskiego, mówiła podczas procesu, że sprawcy w okresie od 19 do 27 lipca 2017 roku, czyli przez osiem dni, w krótkich odstępach czasu po uprzednim użyciu przemocy wielokrotnie doprowadzali ofiarę do obcowania płciowego. Wykorzystywali ją zbiorowo. Czyny, których się dopuścili, nosiły ponadto cechy szczególnego okrucieństwa. - Wbrew woli kobiety, odbywali z nią stosunki seksualne, które spowodowały u niej rozległe obrażenia narządów płciowych – podkreślała sędzia.

Drastyczne zdjęcia w telefonach agresorów. Chcieli mieć "pamiątkę" i wszystko dokumentowali

Obrażenia, o których mowa, były bardzo poważne. W telefonie jednego z oprawców na dowód znaleziono nawet drastyczne zdjęcia, obrazujące skalę okrucieństwa i przemocy, których dopuszczono się względem ofiary.

Czytaj również:  13-letnia Iza zamordowana. W krzakach znalazła ją mama. "Nasienie na brzuchu, ciało zmasakrowane"

Więzienie Moniki łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Oprócz wykorzystania, oprawcy zakłócali spoczynek kobiety, uniemożliwiali jej sen, naruszali nietykalność cielesną, opluwali, podduszali i przypalali. Torturom nie było końca.

Po ośmiu dniach katorgi, ofiara znudziła się agresorom. Jak ustalono w trakcie śledztwa, mężczyźni mieli wówczas stwierdzić, że kobieta „zaczęła śmierdzieć”. To wtedy uciekła z mieszkania, które przez ostatni czas było dla niej więzieniem. Nie zabili jej, ale Grzegorz K., jeden z napastników, zagroził, że jeśli kobieta kiedykolwiek, komukolwiek powie o tym, co się stało, pozbawi życia nie tylko ją, lecz także jej ukochaną mamę.

Monika pobiegła do znajomego, który mieszkał najbliżej. Była roztrzęsiona, w fatalnym stanie, nie chciała o niczym mówić. To kolega ofiary zawiadomił jej mamę. Gdy kobieta zobaczyła córkę, była przerażona, choć jednocześnie szczęśliwa, że 26-latka żyje, a jej poszukiwania mogły zostać zakończone. Uznana za zaginioną utrzymywała, że była u znajomych i nic złego jej się nie stało. Była zastraszona, bała się o życie własne i bliskich, bo wiedziała, że oprawcy są zdolni do wszystkiego. Okłamała także policjantów, z którymi rozmawiała tuż po uwolnieniu się z mieszkania. Mundurowym, którzy zajmowali się jej zaginięciem, powiedziała że była na imprezie i nie czuje się ofiarą przestępstwa.

Zapłakana Monika w końcu wyznała prawdę. Wcześniej bała się, że skrzywdzą jej rodzinę

Dopiero po kolejnej rozmowie z mamą emocje wzięły górę. Zapłakana Monika wyznała jej prawdę. - Była poniżana, bita i brutalnie gwałcona. Cierpiała tak, jak człowiek może tylko cierpieć za życia - wyjawiła w rozmowie z TVN24 pani Katarzyna, matka Moniki. Stan 26-latki ciągle się pogarszał, choć ta wcześniej utrzymywała, że nic jej się nie stało. Gdy mama zauważyła obrażenia, natychmiast wezwała pogotowie. Pokrzywdzona w końcu trafiła do szpitala, pojawiło się zagrożenie życia. Obrażenia, których doznała, mimo udzielonej pomocy doprowadziły jednak finalnie do jej śmierci. Miesiąc po porwaniu, 19 sierpnia 2017 roku, serce Moniki przestało bić. Nie udało się jej uratować. Biegli, którzy przeprowadzili sądowo-lekarską sekcję zwłok ofiary, stwierdzili w opinii, że zgon był następstwem doznanych obrażeń oraz powikłań, które były ich konsekwencją.

- W trakcie śledztwa korzystaliśmy w dużej mierze z wiedzy, którą poszkodowana zdołała przekazać matce. Niestety, stan ofiary przemocy był tak zły, że nigdy nie udało się jej przesłuchać – mówił prokurator Kopania w rozmowie z TVN-em.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Ostatecznie mundurowym udało się ustalić, kto może stać za zbrodnią przeciwko kobiecie. Zatrzymano podejrzanych: Grzegorza K., Sebastiana T. oraz Tomasza K., w którego mieszkaniu na łódzkim osiedlu Dąbrowa więziono Monikę. Szybko stało się jasne, że podejrzenia policjantów nie są bezzasadne, ponieważ po zatrzymaniu mężczyzn prokuraturze udało się zabezpieczyć bulwersujący materiał dowodowy. „Super Express” podawał nieoficjalnie, że do zadawania obrażeń intymnych agresorzy mieli używać między innymi kija od szczotki. Jeden z oskarżonych robił Monice wstrząsające zdjęcia, na których widać było skalę zadawanych obrażeń. Nawet prokurator Krzysztof Kopania, komentujący znalezione fotografie, mówił wprost, że są one szokujące i trudno cokolwiek do tego dodać. Aż trudno było uwierzyć, że jakikolwiek człowiek mógł dopuścić się takiego bestialstwa. Mężczyzn poddano więc badaniom, które miały wykazać, czy nie mają problemów psychicznych. Opinia biegłych wykazała jednak, że w czasie popełnienia przestępstw oprawcy byli w pełni poczytalni i mogą odpowiadać za swoje czyny.

Agresorzy przekonywali śledczych, że Monika dobrowolnie uczestniczyła w spotkaniach. Kłamali jak z nut

Prokuratura Łódź-Widzew, do której trafiło śledztwo, najpierw podejrzewała mężczyzn jedynie o wykorzystanie Moniki. Nie postawiono im zarzutów w związku z przetrzymywaniem kobiety, a oni sami twierdzili, że są niewinni i pokrzywdzona dobrowolnie uczestniczyła w spotkaniach z nimi. Mało tego, tylko dwóch z trzech podejrzanych zostało aresztowanych przez sąd, ponieważ w przypadku ostatniego śledczy uznali, że wystarczą inne środki zapobiegawcze.

Czytaj także:  3-letni Nikodem zginął w piekle ojczyma. Dusił go smyczą dla psa, bił i kopał. „Ścisnąłem i coś chrupnęło”

Taki obrót spraw oburzył opinię publiczną, która domagała się potraktowania podejrzanych adekwatnie do czynów, jakich mieli się dopuścić. Zresztą w czasie śledztwa popełniono znacznie więcej błędów, chociażby w zakresie zabezpieczania materiału dowodowego. Mówił o tym podczas konferencji prasowej ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który postanowił w tej sprawie interweniować. - Mogę jedynie powiedzieć, że zaniedbania miały charakter elementarny, a w czasie działań czas ma olbrzymie znaczenie. Nie można godzić się na traktowanie takich spraw po macoszemu. Nie można godzić się, aby prokuratura postępowała bezdusznie wobec tak okrutnych przestępstw – podkreślał minister.

Nie były to tylko puste słowa, bo Ziobro przeszedł również do czynów, decydując o konsekwencjach dyscyplinarnych. Tym samym odwołał z funkcji Lidię Zarzycką-Rzepkę, zastępczynię prokuratora rejonowego dla Łodzi-Widzewa, która nadzorowała śledztwo. Wszczęto też wówczas postępowanie wobec prokuratora referenta sprawy, a trzeci podejrzany o katowanie Moniki, zgodnie z interwencją Ziobry, także został tymczasowo aresztowany.

Konsekwencje dla służb i wyrok dla sprawców. "Brak dożywocia to skandal"

Proces, który ruszył w połowie 2018 roku, toczył się przed Sądem Okręgowym w Łodzi z wyłączeniem jawności. Prokuratura rozszerzyła zarzuty dla mężczyzn, stwierdzając że ich działania przyczyniły się do późniejszej śmierci Moniki, na co wskazywała opinia biegłych. Ostatecznie domagano się więc kary maksymalnej, czyli dożywotniego pozbawienia wolności dla sprawców.

Wyrok zapadł 8 czerwca 2020 roku. Grzegorz K., Sebastian T. oraz Tomasz K. zostali uznani za winnych, ale nie skazano ich na dożywotnie więzienie. Zamiast tego, dostali po 25 lat pozbawienia wolności. Grzegorz K. otrzymał dodatkowo rok i dziesięć miesięcy więzienia za to, że groził śmiercią swojej ofierze oraz jej mamie. Sąd nałożył też na skazanych obowiązek zapłaty zadośćuczynienia matce ofiary w wysokości 250 tysięcy złotych.

Zdaniem prokuratury, która domagała się dożywocia, wyrok okazał się dla sprawców rażąco łagodny. Z wysokością kary nie zgadzała się też mama Moniki oraz wszyscy ci, którzy śledzili przebieg tej sprawy. Do dziś jest to jedna z najbardziej wstrząsających zbrodni w Polsce.

Sonda
Czy kary za molestowanie seksualne powinny być wyższe?
Matka i dwoje dzieci ciężko ranni | Pokój Zbrodni

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki