4-letni Oskarek skatowany na śmierć. Wybite zęby, połamane ręce i poparzenia. Przed śmiercią ważył 10 kg

2026-04-11 5:25

Chciałem tylko, żeby ktoś mnie kochał – taki napis widnieje na pomniku przy grobie 4-letniego Oskara z Piotrkowa Trybunalskiego, który został na śmierć skatowany przez własnych bliskich. Miał złamaną rękę, liczne rany cięte, poparzenia i wybite zęby. Ważył zaledwie 10 kilogramów. To, co spotkało tego kilkuletniego chłopca, do dziś uznawane jest za jedną z najbardziej brutalnych zbrodni przeciwko dzieciom w Polsce. Cierpienia Oskara nie zauważył w porę nikt, mimo że 4-latek był kontrolowany przez pracowników placówki medycznej czy opiekę społeczną. Aż w końcu doszło do tragedii.

Sprawa 4-letniego Oskara z Piotrkowa Trybunalskiego była na tyle szokująca, że do dziś w internecie można natknąć się na dyskusyjne fora, w których ludzie przypominają wstrząsające wydarzenia z województwa łódzkiego, pytają o wyroki dla oprawców chłopca, pojawiają się nawet mocne deklaracje „oczekiwania, aż wyjdą z więzienia”, bo „ich czyny nie zostaną zapomniane”. Zbrodnia przeciwko Oskarkowi wyszła na jaw dopiero w marcu 2006 roku, ale dziecko miało być maltretowane przez bliskie mu osoby już wcześniej. Matka chrzestna wspominała w mediach, że bardzo dobrze się rozwijał, jeździł na rowerku, biegał po podwórku. Pracownica socjalna zauważyła jedynie, że dużo siedzi przed telewizorem, potem uznano, że sprawiał problemy wychowawcze. Większość rzeczy bagatelizowano, albo, jak zarzekali się w późniejszym etapie śledztwa świadkowie, twierdzono że nie pojawiały się żadne sygnały świadczące o przemocy wobec chłopca. Tymczasem Oskarek przeżywał prawdziwe katusze.

4-latek nagle stał się cichy, wycofany. Nikt nie zauważył zmiany. Służby i urzędnicy też zawiedli chłopca

Serwis „Łódź Nasze Miasto”, którego dziennikarze szczegółowo przyglądali się tym wydarzeniom i chodzili na rozprawy w procesie oprawców malca, podawali że jego mieszkanie znajdowało się w odrapanej kamienicy w centrum Piotrkowa, zaledwie 150 metrów od Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Nieco dalej znajdowała się przychodnia, w której lekarka badała Oskara.

W ciągu półtora roku z radosnego dziecka 4-latek miał stać się cichy, wycofany. Pracownica socjalna opisała go jako „dziwnie spokojnego”. Nikt wówczas nie przypuszczał, że chłopiec mógł paść ofiarą bestialskiego znęcania się. Tymczasem w mieszkaniu jego matka miała bić go, bo „był niegrzeczny i pyskował”. Ale największą krzywdę, przy jej cichym przyzwoleniu, wyrządzał maleństwu konkubent kobiety. Złamał mu na przykład rączkę, gdy na jego widok – ze strachu, jak cytowano w sądzie – „siusiał w majtki”. Odnosiło się zresztą wrażenie, że Oskarek obrywał za samą swoją obecność, niezależnie od tego, czego by nie zrobił.

Witold Błaszczyk, rzecznik piotrkowskiej prokuratury, mówił w tamtym okresie, że nie musiało dojść do tragedii, gdyby ktokolwiek zareagował w porę. Tutaj nie zareagował nikt: sąsiedzi, pracownicy opieki, matka dziecka. Oskarek został pozostawiony na pastwę ojczyma.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Tragiczne wieści napłynęły w jeden z marcowych poranków 2006 roku. Był czwartek, tuż po godzinie 5:00, kiedy dyspozytorka pogotowia odebrała anonimowe zgłoszenie od mężczyzny. Dzwonił prawdopodobnie konkubent matki Oskara. Poinformował, że potrzebna jest pilna pomoc, że „umiera dziecko”. Do mieszkania przy ulicy Piastowskiej błyskawicznie wysłano odpowiednie służby, lecz było już za późno. Lekarz stwierdził zgon chłopca. Potem zeznawał, że tak zmaltretowanego dziecka nie widział w całym swoim życiu.

Gdy pojawiło się podejrzenie, graniczące z pewnością, że Oskarek przed śmiercią był wręcz torturowany, do mieszkania wezwano policję. Joanna M., matka 4-latka, w spokojnych słowach stwierdziła, że mieszka sama, a jej syn po prostu się przewrócił. Jego obrażenia tłumaczyła licznymi upadkami albo poparzeniami farelką. Mówiła, że spadł z rowerka, że w coś się uderzył. Od początku chroniła nie tylko siebie, ale i konkubenta.

Ludzie chcieli ukamieniować sprawcę. Policjanci musieli uspokajać wściekły tłum, bali się linczu

Służby wiedziały, że to nie kobieta wezwała pogotowie, tylko jakiś mężczyzna. Dążyli więc do tego, by uzyskać odpowiedź na pytanie, kim była ta tajemnicza osoba. Po nitce do kłębka dotarli do Artura N., partnera kobiety. Przyznał się, że zadzwonił po karetkę. Przyciśnięty przez funkcjonariuszy, przyznał się również do stosowania przemocy wobec Oskara. 25-letni wówczas mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące wielomiesięcznego znęcania się nad dzieckiem. Prokuratura zarzuciła mu też zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. 24-letnia Joanna M., matka chłopca, otrzymała z kolei zarzuty mówiące o znęcaniu się nad maluchem ze szczególnym okrucieństwem oraz o podżeganiu do jego zabójstwa. Obojgu groziła kara dożywotniego więzienia.

Książka o przemocy wobec dzieci w Polsce: Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy

W toku śledztwa próbowano ustalić, czy faktycznie o cierpieniu Oskara nie wiedział nikt poza jego matką oraz jej partnerem. Zdaniem prokuratury, wiedzę o stosowaniu przemocy wobec dziecka mieli rodzice Artura N. To wyjaśniałoby, dlaczego odmówili składania wyjaśnień w sprawie. Jakim trzeba być człowiekiem, by przymykać oczy na takie bestialstwo? - to pytanie zadawało sobie wiele osób. Prawdziwe tłumy były bowiem poruszone tragedią, jaka spotkała chłopca. Ludzie, w tym rodzice, zebrali się przed prokuraturą w Piotrkowie, by dać wyraz swojej złości. Krzyczeli, że oprawców chłopca należy „ukamieniować lub wysłać na szubienicę. Domagano się przywrócenia kary śmierci, specjalnie dla nich. Policjanci musieli uspokajać wściekły tłum, który częściowo próbował się przedrzeć do budynku. Emocje były jednak zrozumiałe: to, co spotkało Oskara, nie mieściło się w głowie normalnego człowieka. - Trudno znaleźć jakieś słowa. To, co ci bandyci zrobili, coś okropnego – mówili świadkowie. - Śmierć za śmierć. Nie wiem, czy jest jakaś adekwatna kara za takie katowanie dziecka – komentowała kobieta, z którą rozmawiał portal „Łódź Nasze Miasto”.

Joanna M. i Artur N., zgodnie z decyzją prokuratury, zostali tymczasowo aresztowani – na razie na trzy miesiące, choć pobyt za kratami później przedłużano. Mundurowi, którzy prowadzili tę sprawę i brali udział w przesłuchaniu podejrzanych, opowiadali w mediach, że Artur N. zachowywał się podczas składania zeznań tak, jakby relacjonował mecz piłki nożnej. Matka Oskara miała z kolei wpaść w panikę dopiero, gdy zorientowała się o grożących jej i konkubentowi konsekwencjach.

Trudna przeszłość Joanny M., matki dziecka. Prawdziwy ojciec Oskarka "nieznany"

Joanna M. wychowywała się w sierocińcu, a Oskar był jej pierwszym dzieckiem. Do przestrzeni publicznej nie przeniknęła informacja o biologicznym ojcu. Dziennikarze pisali jedynie, że „prawdziwy tata jest nieznany”. Z Arturem N., 24-latka doczekała się też drugiego potomka. Gdy sprawa z maltretowaniem chłopca wyszła na jaw, również 9-miesięczny Kacper został odebrany rodzinie. Sąd postanowił o umieszczeniu go w Domu Małego Dziecka w Piotrkowie. Rozpoczęto też procedurę odebrania parze praw rodzicielskich. Co ciekawe, mały Kacper był w stanie nienaruszonym, wręcz idealnym. Prokuratura mówiła, że dbali o niego. Spekulowano, że być może to Oskar był niechciany, bo nie był ich wspólnym dzieckiem, tylko samej Joanny.

Czytaj także:  3-letni Nikodem zginął w piekle ojczyma. Dusił go smyczą dla psa, bił i kopał. „Ścisnąłem i coś chrupnęło”

Sekcja zwłok wykazała, że 4-latek był głodzony. Ważył zaledwie 10 kilogramów. Miał na ciele wiele śladów bicia, przypalania, cięć ostrymi przedmiotami. Obrażenia pochodziły z różnych okresów. Jedna z kobiet, która badała dziecko, zbagatelizowała jego niską wagę, zaznaczając w dokumentacji, że może być ona spowodowana genetyką – Oskarek miał być „chudy po mamie”. Taka absurdalna diagnoza przyszła z łatwością, w przeciwieństwie do szczegółowego pochylenia się nad stanem zdrowia dziecka. A co z sąsiadami? Też twierdzili, że nie wiedzieli o przemocy. Słyszeli czasem, jak Joanna M. krzyczała na chłopca, ale w zasadzie nic poza tym. Raz zagrożono jej wezwaniem policji, wtedy na jakiś czas awantury się uspokoiły. Mieszkańcy opowiadali nawet, że widzieli, jak matka z czułością traktuje syna. Kontakty z sąsiadami urwały się, gdy kobieta weszła w związek z Arturem N.

Do tej pory Joanna M. była pod opieką pomocy społecznej, jako samotna matka. Portal „Łódź Nasze Miasto” podawał, że taki stan rzeczy trwał od 2002 do 2004 roku, potem, aż do lipca 2005 roku, 24-latka nie chciała pieniędzy, więc przestali się nią interesować. Kierowniczka Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie zeznawała, że kontrole były, lecz nie wykazały u 4-latka objawów dziecka maltretowanego. - Biednie, ale czysto. Chłopiec dziwnie spokojny, zawsze przed telewizorem – to jedyne, co zaobserwowano.

Co zaskakujące, bliscy Oskara posłuchali rekomendacji, by zerknął na niego lekarz psychiatra. Na początku 2006 roku chłopiec pojawił się w Przychodni Zdrowia Psychicznego Dla Dzieci i Młodzieży w Piotrkowie Trybunalskim. Osoba, która go badała, nie zauważyła rzekomo nic niepokojącego. 24 kwietnia wyznaczono jednak 4-latkowi wizytę u neurologa. Już się na niej nie zjawił, ponieważ 2 marca doszło do tragedii. Dzień wcześniej, u rodziny była pracownica socjalna, lecz nikt nie otworzył jej drzwi.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Oskara można było uratować? Prokuratura obiecała sprawdzić, czy nie doszło do zaniechania obowiązków

Służby zastrzegały, że będą szczegółowo sprawdzać, czy przypadkiem nie doszło do zaniechania udzielenia pomocy przez powiadomienie odpowiednich służb i w efekcie narażenie dziecka na utratę życia. Prokuratura miała także przyjrzeć się lekarce, która badała 4-latka. Czy naprawdę chłopiec nie wykazywał żadnych niepokojących objawów? Czy matce i jej partnerowi tak sprytnie udało się ukryć jego obrażenia, które już w tym czasie musiały być przecież widoczne? Pytań powstawało bardzo wiele. Tomasz Bilicki z Centrum Służby Rodzinie w Łodzi apelował, by zawsze przeciwstawiać się zjawisku wielkiego zła, jakim jest powolne bądź gwałtowne zniszczenie słabszego człowieka. Prosił, by reagować, nawet jeśli nie mamy pewności, że komuś dzieje się krzywda. Lepiej być bowiem nieco przewrażliwionym niż niewrażliwym wcale.

Czytaj również:  3-letni Bartuś zabity przez ojczyma. Miażdżył mu genitalia! Obnażone zdjęcia skatowanego dziecka w sieci

Na pogrzeb 4-letniego Oskara przyszły setki osób, które chciały towarzyszyć mu w jego ostatniej drodze. Ksiądz Krzysztof Nowak, który prowadził mszę, zwrócił słuszną uwagę na smutny fakt tej uroczystości. - Oskar nie spodziewał się, że będzie miał tylu ludzi przy sobie. Niestety, dopiero po śmierci – stwierdził duchowny, przypominając, jak długo 4-latek był w swoim cierpieniu sam.

Podczas procesu, który śledzili ludzie z całej Polski, wyszło na jaw sporo nowych, szokujących faktów o sprawie. Coraz więcej osób twierdziło, że Joanna M. wydawała się wspaniałą matką, która dba o dziecko. Jednocześnie przesłuchiwani lekarze twierdzili, że co prawda Oskarek był u nich ze złamaną ręką, ale nie mieli podstaw, by nie wierzyć w wersję rodziny, że 4-latek spadł z rowerka. W rzeczywistości to Artur N. miał nim tak mocno szarpnąć, by uszkodzić kończynę. Medyków nie zainteresowało to, że po wypisaniu z oddziału malec nie pojawił się już na zdjęciu gipsu. Może mieli wielu innych pacjentów, może zgubiła ich rutyna – ciężko oceniać. Konkubent matki chłopca sam zdjął opatrunek, w sposób nieprofesjonalny i zagrażający zdrowiu dziecka.

I choć wcześniej bagatelizowano zarówno stan fizyczny, jak i stan psychiczny chłopca, to światełkiem w tunelu była opinia zaledwie 26-letniej pracownicy, która już po miesiącu zauważyła, że dziecko jest zalęknione. Dostrzegła otarcie na jego wardze i sińce pod oczami matki. To jednak nie wystarczyło, by spowodować oczekiwaną, stanowczą reakcję. Nie wiadomo, dlaczego, można tylko zgadywać albo się domyślać.

Tak długo się nad nim znęcali, aż stracił życie. 4-letni Oskarek przeżył piekło na ziemi

Obrońca Artura N. zapowiadał podczas procesu złożenie wniosku o zmianę kwalifikacji czynu na pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Nie zgadzano się bowiem ze stwierdzeniem, że mężczyzna chciał zabić dziecko i dopuścił się zabójstwa. Ale Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim takich wątpliwości nie miał. W grudniu 2006 roku skazał Artura N. za zabójstwo syna swojej konkubiny na 25 lat więzienia. Taką samą karę usłyszała matka Oskara, Joanna M., której wyrok obejmował pomoc w tym zabójstwie. Obojga uznano za winnych okrutnego znęcania się nad chłopcem.

Apelację złożyły wszystkie strony procesu. Prokuratura oczekiwała, że kara zostanie podwyższona do dożywocia, a obrona chciała zmian kwalifikacji prawnej i ponownego rozpoznania sprawy. Adwokat Joanny M. wnosił z kolei o złagodzenie wyroku do 15 lat więzienia.

Sąd Apelacyjny, który podjął decyzję w kwietniu 2007 roku, powiedział wprost, że doszło do okropnej zbrodni. Przypomniano, że w noc poprzedzającą tragedię Artur N. tak mocno uderzał dziecko w brzuch, że Oskarek zmarł. Uraz tej części ciała, połączony z oderwaniem fragmentów obu nerek i wstrząsem pourazowym, doprowadziły do jego śmierci. Mężczyzna przyznał się do pobicia, jedynie matka nie przyznawała się do zarzucanych jej czynów.

Sądy obu instancji uznały, że oboje oskarżeni są tak samo winni długotrwałego znęcania się nad Oskarem ze szczególnym okrucieństwem, co doprowadziło do jego śmierci. Sędzia Jacek Błaszczyk uzasadniał, że w sposób brutalny oskarżony dokonał ingerencji w całe jestestwo tego bardzo małego człowieka. - Oskarżona w pełni to akceptowała i sama biła dziecko niejednokrotnie z takim użyciem brutalności, że dochodziło do powstawania blizn. Te ślady dowodzą, że miało miejsce permanentne znęcanie się i powodowanie obrażeń u tego dziecka, łącznie z poparzeniami, z otwartymi ranami. Było karcone za chęć jedzenia czy ogrzania się przy piecu – wyliczano.

Oskarżeni mieli ukrywać dziecko przed światem, bo obawiali się, że ktoś zauważy jego obrażenia i zgłosi sprawę na policję. Doskonale mieli zdawać sobie sprawę z tego, do jakiego stanu doprowadzili Oskara. Wymiar sprawiedliwości uznał, że Artur N. dokonał zabójstwa z zamiarem ewentualnym, ponieważ mógł przewidzieć skutki swoich działań. Matka natomiast pomogła mu w zabójstwie, bo nie zapobiegła biciu dziecka i nie wezwała na czas pomocy lekarskiej.

Okoliczności łagodzące, które oburzyły społeczeństwo. Poruszający napis na grobie dziecka. "Chciałem tylko, żeby ktoś mnie kochał"

Para nie została jednak skazana na dożywocie. Dlaczego? Sąd wziął pod uwagę kwalifikację czynów i okoliczności łagodzące, którymi miał być fakt przyznania się do winy przez mężczyznę i złożenie wyjaśnień, co pozwoliło odtworzyć dramat Oskara. Dodatkowo matka dziecka, jak uzasadniano, miała w nieznacznym stopniu ograniczoną możliwość pokierowania swoim postępowaniem i nie była wcześniej karana.

Tym samym łódzki sąd apelacyjny podtrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji, czyli kary po 25 lat więzienia dla Artura N. i Joanny M. Po Oskarku został natomiast grób, który ufundowali ludzie z całej Polski, zebrani w ramach założonego stowarzyszenia przeciwko przemocy wobec dzieci. Na pomniku widnieje napis, przypominający o tej niewyobrażalnej tragedii, który brzmi: „Chciałem tylko, żeby ktoś mnie kochał”.

Wyrok dla oprawców dziecka, który zapadł w 2007 roku, jest wyrokiem prawomocnym.

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?
Szokujące wideo opublikował w sieci | Pokój Zbrodni

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki