Był 17 czerwca 2004 roku. Rozpromieniona, 28-letnia wówczas Eliza Ł., pracująca jako księgowa w Łodzi, spotkała się z mamą i siostrą, by powiadomić je, że wspólnie ze starszym o 3 lata towarzyszem życia jadą obejrzeć siedlisko, które mają okazję kupić w miejscowości Wodzierady. Obie panie w najczarniejszych snach nie przypuszczały wtedy, że to ostatnie chwile, kiedy widzą ją w dobrym zdrowiu, a kilka tygodni później będą uczestniczyły w jej pogrzebie. Nie sądziły też, że za krzywdą Elizy stanie jej mąż, właściciel firmy z branży grzewczej, na którego właściwie nigdy się nie skarżyła. Oboje poznali się jeszcze w szkole podstawowej, potem przez lata kontynuowali znajomość, która z czasem przerodziła się w gorące uczucie. W 2001 roku stanęli na ślubnym kobiercu.
Czytaj także: Policjantka Sylwia wywiozła syna do lasu i zastrzeliła go z broni służbowej. "Kochała Wiktorka"
Tworzyli zgrane małżeństwo i tylko jedno spędzało im sen z powiek – nie mogli mieć dzieci. Dlatego na 2004 rok zaplanowali trzy konkrety: najpierw kupno wymarzonego domu, później wyjazd na wczasy do Bułgarii, a po nich zapłodnienie in vitro. Żadne z nich nie zostało zrealizowane, bo w tym samym czasie w głowie Gabriela S. zaczęła kiełkować myśl o zabójstwie żony i wzbogaceniu się na jej śmierci. Dlatego do aktywowanej już wcześniej polisy na życie Elizy, dokupił jeszcze kolejne dwie, podrabiając na nich podpis żony. Wszystkie trzy opiewały na łączną kwotę około 600 tys. zł, co było wówczas niebagatelną sumą stanowiącą równowartość średnich rocznych wynagrodzeń za okres kilkunastu lat.
Mając potwierdzenie zawartych ubezpieczeń w ręku, Gabriel S. zaczął realizować dalszą część zbrodniczego planu. Przekazał żonie, że znalazł w internecie atrakcyjne ogłoszenie o sprzedaży siedliska w Wodzieradach, 15 km na zachód od ich rodzinnego Konstantynowa Łódzkiego. Mieli je obejrzeć wspomnianego 17 czerwca. Dzień wcześniej mężczyzna kupił na podstawie fałszywych danych poloneza trucka, którego wykorzystał do upozorowania wypadku. W dniu tragedii Eliza Ł. zwolniła się wcześniej z pracy, pojechała swoim seatem toledo na spotkanie z mamą i siostrą, a po rozmowie z nimi wyruszyła autem w drogę na miejsce ewentualnej transakcji. Nigdy tam nie dotarła.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Około godz. 15:00 przypadkowy kierowca jadący drogą przez las w kierunku Wodzierad zobaczył tuż przed tabliczką z nazwą miejscowości dwa rozbite samochody, z których jeden stał w ogniu. Obok niego leżała poparzona kobieta. Właściciela drugiego z pojazdów nie było. Brakowało też Gabriela S., który - jak później przekazywał rodzinie swojej żony - podróżował razem z nią, a po zderzeniu obu aut ruszył na poszukiwanie telefonu, by wezwać pomoc. Ciężko poparzona Eliza Ł. została przetransportowana do szpitala w Siemianowicach Śląskich, specjalizującego się w leczeniu takich przypadków. Niestety, po długiej walce lekarzy o jej życie, zmarła 6 lipca wieczorem.
Zobacz również: Karolina utopiła córki w szambie. 6-letnią Tosię i 7-letnią Gabrysię znalazł ich tata. Wstrząsające
Kilka dni później odbył się jej pogrzeb. Już po jego zakończeniu rodzice zmarłej podeszli do swojego zięcia. Przytulili go i powiedzieli: "Zawsze będziesz naszym synem". Powieka nawet mu nie drgnęła. W tym czasie trwało już szeroko zakrojone śledztwo w sprawie wypadku, a prokuratorzy i policjanci mieli coraz więcej przesłanek na to, że było to działanie celowe. Ustalili, że kupujący poloneza trucka w rzeczywistości nie istnieje. Posługiwał się bowiem fałszywym numerem PESEL i nazwiskiem. Sam pożar samochodu, którym podróżowała Eliza Ł., też wzbudzał wątpliwości, ponieważ okazało się, że biegli z zakresu pożarnictwa wykluczyli samozapłon pochodzący na przykład z rozszczelnionego zbiornika z paliwem, a skłaniali się ku wersji, że doszło do oblania zmarłej benzyną i jej podpalenia.
Kluczowy dowód śledczym dostarczył sam Gabriel S. zaraz po pogrzebie żony. Okazało się, że niemal natychmiast po pożegnaniu małżonki wystąpił o wypłatę odszkodowania. Podczas przeszukania w jego mieszkaniu policjanci odnaleźli trzy polisy, z których tylko jedna zawierała oryginalny podpis zmarłej. Prokuratura oskarżyła go o zabójstwo, a sąd skazał ostatecznie na dożywocie.
Mężczyzna długo nie przyznawał się do winy. Dopiero po kilkunastu latach spędzonych za kratkami wyznał, że to jednak on zabił.