Strzały w fabryce Gillette w Łodzi
Do zdarzenia doszło 1 kwietnia około godz. 7. Mężczyzna pojawił się w zakładzie, wszedł do biura i strzelił dwa czy trzy razy z broni w kierunku swojego byłego przełożonego, po czym uciekł. Na miejsce natychmiast wezwano policjantów, a z terenu fabryki ewakuowano około 400 osób. Wszystkie obecne na daną chwilę w pracy osoby odliczyły się na zewnątrz, więc było jasne, że nikt nie ucierpiał.
- Należałoby przede wszystkim ustalić, w jaki sposób ten człowiek wszedł do środka - powiedział „Super Expressowi” Dariusz Korganowski, były policjant, obecnie prywatny detektyw. - Nasuwają się pytania, czy miał aktywną kartę wstępu i jak wniósł broń. Czy przechodził przez bramkę do wykrywania metali, czy też został wpuszczony przez znajomego ochroniarza? - dodał.
Polecany artykuł:
Negocjacje z uzbrojonym mężczyzną
Zaraz po ewakuacji na miejscu zaroiło się wręcz od policjantów. Niedługo potem do fabryki dotarli kontrterroryści z Łodzi, Poznania i Warszawy. Ściągnięto też sprzęt do zagłuszania i drony. 42-latek został zlokalizowany na terenie przylegającym do zakładów i rozpoczęto z nim negocjacje. Mundurowi podkreślają, że w pierwszej kolejności chcą zrobić wszystko, żeby napastnik się poddał.
- Z tego co wiemy, mężczyzna nie miał pozwolenia na broń. Mamy bezpośredniego świadka zdarzenia, który przebywał także w tym pomieszczeniu biurowym. Ta osoba także została przesłuchana. Bezpośrednio po oddaniu strzałów wiemy, że mężczyzna wybiegł za naszym pokrzywdzonym. Dalej gromadzimy materiał dowodowy - przekazała w rozmowie z Radiem Eska Marta Stachowiak-Klimaszewska z Prokuratury Rejonowej Łódź - Polesie.
Kim jest i dlaczego strzelał?
Na krótko po zdarzeniu policjanci nie udzielali informacji, na temat ewentualnych motywów, którymi kierował się były pracownik. Ustalono jedynie, że przepracował w firmie 14 lat do końca 2024 roku.