Ciało zmarłego zostało znalezione w pierwszych dniach sierpnia ubiegłego roku rano przez przypadkową osobę, która przyjechała odwiedzić groby bliskich. Ewidentnie nosiło ślady pobicia.
Niemal dokładnie w tym samym czasie, w położonym 6 kilometrów dalej Teodorowie, współpracownicy Wojciecha A., który prowadził firmę dekarską, o umówionej porze stawili się pod jego domem, by wspólnie pojechać do pracy, ale mężczyzny nie było. Powiadomiono więc jego siostrę i szwagra, którzy przyjechali na miejsce i próbowali ustalić, gdzie może przebywać.
- Niedługo potem na rowerze podjechał tam też ten Marcin i zaoferował pomoc w poszukiwaniach – wspomina siostra zmarłego. - Mówił, że widział się poprzedniego dnia z Wojtkiem, był u niego w domu, że on miał się gdzieś przewrócić pod bramą, uderzyć w głowę. Zadzwoniliśmy pod numer alarmowy, żeby zgłosić zaginięcie. Przyjechała policjantka na miejsce i po chwili dostała informacje o znalezionych zwłokach Wojtka przy cmentarzu.
Policjanci, którzy zajęli się sprawą dość szybko ustalili, że za śmierć mężczyzny odpowiada Marcin A.. 30 marca rozpoczął się jego proces. - Morderco! Zabiłeś nam brata – usłyszał, gdy był prowadzony przez policjantów na salę sądową od sióstr zmarłego.
W trakcie pierwszej rozprawy nie przyznał się do winy. Stwierdził jedynie, że kopnął i uderzył w głowę przypadkową osobę, która znalazła się na terenie jego gospodarstwa.
W trakcie przesłuchania przed prokuratorem zaraz po jego zatrzymaniu, potwierdził jednak swój udział w zabójstwie. Utrzymywał jednak, że pobił bliżej nieokreślonego obywatela Ukrainy, który miał nielegalnie spać w jednym z jego budynków. - Wpadłem w jakiś szał – zeznawał w trakcie śledztwa. - Zacząłem go kopać, uderzyłem w głowę. Kiedy zorientowałem się, że nie żyje, wsadziłem jego zwłoki na przyczepkę i zawiozłem pod cmentarz. Dopiero następnego dnia, gdy policjanci znaleźli zwłoki Wojtka, zdałem sobie sprawę z tego, że zabiłem kolegę.
Mężczyźnie grozi dożywocie.